Po ujawnieniu nieprawidłowości w warszawskim Szpitalu Południowym pojawiły się liczne pytania dotyczące bezpieczeństwa osób korzystających z pomocy na szpitalnych oddziałach ratunkowych. Wydarzenia te wzbudziły niepokój zarówno wśród pacjentów, jak i pracowników ochrony zdrowia, a także wywołały debatę na temat funkcjonowania całego systemu ratownictwa medycznego w Polsce.

Przeciążone oddziały ratunkowe. Lekarz: opłaty za korzystanie z SOR-u rozwiązałyby problem

W ostatnim czasie Szpitalny Oddział Ratunkowy Szpitala Południowego w Warszawie znalazł się pod lupą opinii publicznej po tym, jak media ujawniły szereg niepokojących sytuacji. Jak przypomina Medonet, śród zgłaszanych problemów wymieniano między innymi długie oczekiwanie na udzielenie pomocy, przyjmowanie poza kolejnością osób określanych jako "uprzywilejowane", niewłaściwe monitorowanie stanu zdrowia pacjentów oraz błędy organizacyjne skutkujące opóźnieniami w realizacji świadczeń. Te doniesienia stały się impulsem do szerszej dyskusji o kondycji szpitalnych oddziałów ratunkowych w całym kraju.

Lekarz Bartosz Fiałek, specjalista reumatologii i popularyzator wiedzy medycznej, podkreśla, że medialne doniesienia o zaniedbaniach nie odzwierciedlają codzienności większości oddziałów ratunkowych. — Opisywane zdarzenia ze Szpitala Południowego nie są obrazem działania typowego szpitalnego oddziału ratunkowego. Pamiętajmy, że błędy medyczne zdarzają się wszędzie na świecie. Są to jednak zdarzenia rzadkie, wyjątkowe, a nie standardowe — zaznacza lekarz.

Według Bartosza Fiałka, który rozmawiał z Medonetem, który przez blisko dziewięć lat pracował na różnych oddziałach ratunkowych — od miejskiej izby przyjęć, przez szpital powiatowy, aż po największy SOR w regionie — głównym problemem jest nadmierne obciążenie systemu przez osoby, które nie powinny trafiać na oddział ratunkowy. — Prowadziłem statystykę, z której wynikało, że aż 77 proc. chorych trafiających do SOR to osoby, które powinny uzyskać pomoc w innym miejscu systemu — mówi.

Lekarz zwraca uwagę, że to właśnie zbyt duża liczba pacjentów, którzy nie wymagają natychmiastowej interwencji, prowadzi do długiego oczekiwania na pomoc, frustracji wśród chorych i przeciążenia personelu. Oddziały ratunkowe są przeznaczone dla osób w stanie zagrożenia życia lub zdrowia, jednak w praktyce często pełnią rolę zastępczą dla niedostępnej opieki ambulatoryjnej.

Oprócz przeciążenia systemu przez nieuzasadnione zgłoszenia, Bartosz Fiałek wskazuje na poważne braki kadrowe. Zauważa, że medycyna ratunkowa to jedna z najbardziej wymagających specjalizacji, która nie cieszy się popularnością wśród lekarzy. — To niezwykle trudna i w Polsce niewdzięczna specjalizacja, dlatego często trudno skompletować obsadę dyżurową — zauważa.

W rezultacie lekarze są zmuszeni do pracy pod dużą presją, często wykonując kilka zadań jednocześnie. — Wielokrotnie musiałem wykonywać kilka procedur u kilku pacjentów jednocześnie, a dodatkowo telefonowałem, aby przenosić chorych do innych szpitali — wspomina. Dodatkowym obciążeniem jest rozbudowana dokumentacja medyczna oraz liczne obowiązki administracyjne. — Szpitalny oddział ratunkowy służy ratowaniu ludzkiego zdrowia i życia, a nie wypełnianiu dodatkowych papierów — podkreśla.

Pytany o możliwe rozwiązania, Bartosz Fiałek wskazuje na potrzebę racjonalnego rozmieszczenia oddziałów ratunkowych. — Nie każdy powiat potrzebuje SOR-u — ocenia. Jego zdaniem w wielu miejscach lepszym rozwiązaniem byłyby dobrze wyposażone izby przyjęć, które zapewniałyby pomoc chirurgiczną, ortopedyczną czy internistyczną, bez konieczności utrzymywania pełnego zaplecza oddziału ratunkowego.

Lekarz podkreśla także, że ograniczenie liczby nieuzasadnionych zgłoszeń powinno rozpocząć się od edukacji zdrowotnej społeczeństwa, a jeśli nie przyniesie to oczekiwanych rezultatów, można rozważyć wprowadzenie rozwiązań stosowanych w niektórych państwach europejskich, takich jak Czechy czy Norwegia. — Niskie opłaty dodatkowe za korzystanie z SOR mogłyby w sposób istotny zmniejszyć nieuzasadnione zgłoszenia — mówi.

Niezależnie od trudności organizacyjnych, Bartosz Fiałek podkreśla, że każdy pacjent zasługuje na godne traktowanie. — Zawsze starałem się traktować pacjenta z szacunkiem. To osoba, która przychodzi do nas po pomoc, nawet jeśli robi to w sposób nieuzasadniony — zaznacza. Według niego kultura pracy i podejście do chorych zależą przede wszystkim od postawy personelu, a nie od zapisów w procedurach. — Szacunek i godność należą się chorym niezależnie od organizacji systemu. Jeżeli ktoś nie szanuje pacjentów teraz, to zmiana organizacji pracy w SOR niewiele w tym zakresie przyniesie — dodaje.

Po nagłośnieniu sprawy Szpitala Południowego coraz częściej pojawiają się pytania nie tylko o bezpieczeństwo pacjentów, ale także o skuteczność mechanizmów zgłaszania nieprawidłowości. Porozumienie Rezydentów OZZL opublikowało niedawno apel dotyczący funkcjonowania Szpitalnego Oddziału Ratunkowego Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego imienia Ludwika Rydygiera w Toruniu.

"Mówi się, że papier wszystko przyjmie. SOR już nie" — napisali autorzy oświadczenia, zwracając uwagę na trudną sytuację osób zgłaszających nieprawidłowości. Według nich obawa przed konsekwencjami zawodowymi oraz przekonanie o nieskuteczności organów kontrolnych sprawiają, że wielu pracowników ochrony zdrowia rezygnuje z nagłaśniania problemów.

Porozumienie Rezydentów OZZL informuje, że część dyżurów na toruńskim oddziale ratunkowym odbywa się bez obecności lekarza systemu stale przebywającego na miejscu. Według autorów apelu, w takich sytuacjach opiekę nad pacjentami sprawują lekarze zatrudnieni na innych oddziałach szpitala, którzy jednocześnie wykonują swoje podstawowe obowiązki.

Sygnaliści podkreślają, że taki sposób organizacji pracy może prowadzić do wydłużenia czasu oczekiwania na pomoc, a w skrajnych przypadkach zagrażać osobom wymagającym natychmiastowej interwencji medycznej.

W apelu pojawia się również zarzut, że problem nie jest rozwiązywany w sposób systemowy, a jego skala bywa ukrywana poprzez sposób wykazywania personelu w dokumentacji. Zwracają też uwagę, że wcześniejsze zgłoszenia kierowane do dyrekcji szpitala, Ministerstwa Zdrowia czy Narodowego Funduszu Zdrowia nie doprowadziły — według ich wiedzy — do przeprowadzenia skutecznej kontroli.

Szczególnie istotny w oświadczeniu jest wątek dotyczący osób zgłaszających nieprawidłowości. Przedstawiciele rezydentów twierdzą, że sygnaliści byli narażeni na działania odwetowe, takie jak zastraszanie czy kary dyscyplinarne. W ich opinii właśnie ten mechanizm sprawia, że problemy systemowe często pozostają nierozwiązane.

Porozumienie Rezydentów OZZL zaapelowało o przeprowadzenie niezależnej kontroli funkcjonowania toruńskiego SOR-u, sprawdzenie zgodności dokumentacji ze stanem faktycznym oraz ocenę wpływu obecnego modelu organizacji pracy na bezpieczeństwo pacjentów i czas oczekiwania na świadczenia.

Chociaż sytuacje w Szpitalu Południowym w Warszawie i na SOR-ze w Toruniu dotyczą różnych placówek, łączy je wspólne pytanie o to, czy system ochrony zdrowia potrafi skutecznie identyfikować błędy i reagować na sygnały ostrzegawcze, zanim dojdzie do poważnych konsekwencji. Wielu przedstawicieli środowiska medycznego uważa, że wzmocnienie mechanizmów kontroli oraz zapewnienie ochrony osobom zgłaszającym nieprawidłowości są równie istotne, jak rozwiązywanie problemów kadrowych i organizacyjnych na oddziałach ratunkowych.

 

źródło: medonet.pl

0
0
0